Wołyń 2014. Redivivus (epilog)

Ostatni etap naszego pobytu na szlaku polskości tych ziem. I ostatnia kwatera - Zamłynie. Rozbijamy obóz: zaledwie kilka namiotów. Reszta watahy zdeprawowana tegorocznymi, luksusowymi warunkami wybiera wygodne pokoje w Centrum Ekumenicznej Integracji - banda rozwydrzonych hedonistów. Dzień powoli się kończy.

Jeszcze po kolacji, niektórzy z nas udają się nad pobliską rzeczkę – Neretwę, gdzie jak co roku urządzamy największe jacuzzi na świecie. Można tu relaksować się godzinami, a po skwarze słonecznego dnia kąpiel w chłodnej wodzie orzeźwia zmęczone ciało. Niemal co wieczór chętni rozgrywają mecz siatkówki z ukraińską młodzieżą. Dzięki uprzejmości ks. Jana można także pojeździć na koniu. Wojny nie widać, a mimo to jest.
21 sierpnia. Deszczowo. Po raz kolejny. Wstajemy leniwie. Chętni biorą udział w codziennej mszy świętej - godz. 7 30. Potem śniadanie i załadunek do autokaru. Mży. Siąpi. Pada. Pogoda nie pozostawia nam wyboru… I jakichkolwiek złudzeń, że uda się zostać w obozie. Dlaczego? Ano dlatego, że komendant obozu uważa, że nie pada! Meteopsychopata.
Dzisiaj łączymy się we wspólnym wysiłku z naszymi ludźmi, którzy rozbili podobóz w Ostrówkach. Docieramy na miejsce przed 10-tą. Grupka obozowiczów już po śniadaniu! Witamy się i dzielimy wrażeniami. Opowieści krążą wokół ostatnich dni, a nawet nocy… Na miejscu jest już ekipa TVP Lublin z p. Wiesią Szymczuk, jak co roku. Kres sielance kładzie Leon. Trzeba wracać do obowiązków. Wyładowujemy żelazne, kilkumetrowe krzyże, które przewieźliśmy przez granicę bez zbędnych pytań ukraińskich celników. Skąd się wzięły? To plon lubelskich peregrynacji Piotra El Comandante Gawryszczaka, wiceprezesa Fundacji Niepodległości... Co zazwyczaj zwiedzają turyści na szlaku? Kościoły, zabytki, przydrożne knajpy. Piotr zwiedza … cmentarze. Takie hobby. Na jednym z nich El Comandante odnalazł zapomniane, złożone w kącie krzyże. Współcześni stawiają dziś kamienne skrzynie na grobach bliskich, stare krucyfiksy odsyłając na złomowisko ludzkiej pamięci. Przewieźliśmy je z Mełgwi do budynku warsztatów szkolnych Zespołu Szkół Budowlanych przy ul. Słowiczej 3. Dyrektor ZSB Marek Solan znalazł dla nich miejsce, a jeden z kierowników praktyk szkolnych (Henryk Kołodziejczyk) wraz z młodzieżą pomógł w renowacji żelaznych staruszków. Dziś staną znów na baczność, na straży Pamięci.
Ostrówki. Tu zaczynaliśmy wielką przygodę z Wołyniem w 2008 roku. Tutejszy cmentarzyk to był początek naszego szlaku. Założony w pierwszej połowie XIX wieku, położony urokliwie na piaszczystym wzniesieniu zapisał historię Polski kamiennymi inskrypcjami. Znajdziecie tu granitowe nagrobki i dębowe krzyże sprzed stu lat, pomniki ofiar wojny polsko-bolszewickiej i Września `39, zapadłe krypty i żeliwne pasyjki, groby zmarłych śmiercią naturalną mieszkańców Ostrówek i pobliskiej Woli Ostrowieckiej i masowy grób ofiar pewnego tragicznego dnia - 30 sierpnia 1943 roku - dnia, w którym Ukraińska Powstańcza Armia zamknęła księgę Historii tych wsi. Jednego dnia. Kilkanaście pokoleń, kilka wieków polskiej bytności na tym skrawku wołyńskiej ziemi zamordowanych za pomocą siekier, wideł i nienawiści. ,,…Przeprowadziłem akcję we wsiach Wola Ostrowiecka, Ostrówki hołowniańskiego rejonu. Zniszczyłem wszystkich Polaków od małego do starego. Wszystkie budynki spaliłem…” raportował dowódca oddziału UPA. Jednego dnia.
Tyle razy oglądałem ten cmentarz… A nigdy nie nauczyłem się patrzeć na niego jak na cmentarz. Ilekroć próbowałem, widziałem wiernych idących do kościoła. Dym z wiejskiej chaty zapowiadający rodzinny obiad. Dziadków trzymających wnuki na rękach. Młodych zapatrzonych w Przyszłość. Gwar żywych ludzi gwarzących bez sepii w tle. I sielski spokój Tego kąta świata.
Nie oglądajcie go dopóki nie zobaczycie jakiegokolwiek innego cmentarza na Wołyniu. Jeśli nie zachowacie tej kolejności odniesiecie wrażenie, że Ostrówki to dziś rojna, polska wieś. Że Czas stanął Tu w miejscu. Że bliscy pochowanych na ostrowieckim cmentarzu wciąż dbają o groby swoich zmarłych, a kondukt kobiet z dziećmi zmierzający na Trupie Pole jest widmem zrozpaczonejwyobraźni... W raporcie z pierwszych dni tegorocznego obozu pisałem, że ostrowiecki cmentarz swoje teraźniejsze odbicie zawdzięcza pracy jednego z potomków Tamtych ludzi, a Ci, którzy tu leżą nie umarli, bo pamięć o nich ocalała…
"Cmentarz jest takim miejscem, gdzie odległe dzieje w sposób bardzo wyraźny splatają się z teraźniejszością…” Teraz, w gwarze kilkudziesięcioosobowej gromady, pośród nawoływań i chaotycznie robionych zdjęć trudno to jeszcze zrozumieć. Trzeba ciszy i dialogu z kamieniem, lub ziemią… Opiekun ostrowieckiego cmentarza i autor powyższych słów, dr Leon Popek zna tę prawdę najlepiej. Na początku lat 90-tych odnalazł ten cmentarz w archipelagu wołyńskich lasów. A potem zorganizował pierwszą ekshumację ofiar, mieszkańców Ostrówek i Woli Ostrowieckiej. Był rok 1992. W dole śmierci, pośród dziesiątków kości znalazł krzyżyk swojego dziadka, jednej z ofiar mordu dokonanego tamtego, sierpniowego dnia `43 roku. Dziś szczątki kilkuset ostrowieckich Polaków spoczywają w poświęconej ziemi. Dzięki niemu. Cmentarz jest takim miejscem…
Dzielimy zadania. Kilka osób zostaje na miejscu. Będą kopać doły i zalewać fundament, w którym staną przywiezione krzyże. Reszta grupy wsiada do autokaru. Jedziemy na pobliski cmentarzyk ewangelicki w Zamosteczu. Tu także leżą wołyńscy rodacy. Nigdy tu jeszcze nie pracowaliśmy. Dlatego najpierw trzeba go znaleźć, a jeszcze wcześniej przeczekać deszcz. Ten jednak nie ustaje. Siąpi drobnymi strużkami miarowo z szarego nieba… Wracamy na Ostrówki. Pijemy gorącą herbatę. I czekamy. Dziewczyny malują krzyże pod dachem. Do południa staną w wyznaczonych miejscach cmentarza. Pogoda bez zmian. Po trzech godzinach plątania się po mokrej ziemi wracamy do Zamłynia. Ktoś później zapisał w obozowej kronice własną refleksję: bezdomność w deszczu. Teraz jest trochę czasu na odpoczynek, gorącą kąpiel, pogawędkę z dziennikarzami i wieczorną odprawę. Zaczynamy ją od sprawdzenia stanu zdrowia uczestników. Na szczęście przeziębionych i zmarzniętych brak. Plan na jutrzejszy dzień jest bardzo wymagający. Aura pokrzyżowała nam harmonogram dzisiaj, jutro rzucimy jej wyzwanie ponownie. Będziemy wracać do Zamostecza, a dwie kolejne grupy wyruszą do Lubomla i Maciejowa. Przed nami finał tegorocznej wyprawy na Kresy…
Z obozowej kroniki
Wegan obserwuje ukraińską młodzież, która tłumnie zbiera się przy boisku do siatkówki położonym w obrębie naszego obozu. Przychodzą tu co wieczór. Jeżdżą rowerami, rozmawiają, grają w siatkówkę. Wegan zwracając przede wszystkim uwagę na ich rowery komentuje: tu jest jak w starej Polsce.
Wpis z 20 sierpnia, gdy na dyżurze w kuchni zostają dziewczyny z Pomorza: „mam nadzieję, że obiad będzie dobry, choć przygotowywany przez Niemki”.
Siostra Przeorysza, podczas którejś z porannych dysput intelektualnych o piłce nożnej pomyliła żel do włosów z końskim ogonem tj. postacie Ronaldo i Ronaldinho. Urażony Wegan zobowiązał się wyznaczyć pokutę ignorantce. Będą pewnie obowiązkowe korepetycje z żonglerki.
22 sierpnia. Słonecznie. Jasno. Przejrzyście. Dopiero w takiej tonacji widać ogrom pracy jaką w istnienie tego gniazda wkłada co roku ks. Jan Buras, nasz gospodarz. Kwaterujemy tu każdego roku. Wychodzę na krótki spacer przypomnieć sobie okolicę. Zamłynie to mała wioska schowana gdzieś w kącie zabużańskiego świata, kiedyś rojna i ludna, dziś po okresie transformacji postkomunistycznej zapomniana i porzucona. Po zamknięciu szpitala (rok 2000), a potem szkoły, Zamłynie coraz bardziej zaczęło stawać się bezludną wyspą, z której całymi grupami uciekali w świat za pracą tutejsi robinsonowie. W roku 2002 budynki wspomnianego, byłego już szpitala przekazano diecezji łuckiej Kościoła Rzymskokatolickiego. W tym samym roku pojawił się w Zamłyniu jeździec znikąd - ksiądz Jan Buras. Ta westernowa asocjacja nie jest li tylko retoryczną figurą. Przypomnijcie sobie obraz Pale Rider (1985 rok) z Clintem Eastwoodem w roli samotnego pastora (sic!) przybywającego do małej, górskiej osady… Będąc pierwszy raz w Zamłyniu w roku 2009 mogliśmy na własne oczy przekonać się jak wielkiej pracy samotnie podjął się ks. Jan. Zamłynie, do którego praktycznie nie ma drogi, do najbliższej miejscowości kilkanaście kilometrów, gdzie najbliższa poczta czy szpital - nie wiem, jawiło się jako samotna farma na Dzikim Wschodzie. Jeszcze podczas naszego pierwszego obozu budynek dawnego szpitala świecił odpadającymi tynkami negliżując nagie cegły ścian. Spaliśmy wówczas na płytach styropianowych, bo nie było nie tylko łóżek, ale nawet podłóg. Dzisiaj Zamłynie to Międzynarodowe Centrum Ekumenicznej Integracji, tłumnie odwiedzane przez artystów (Międzynarodowe Plenery Ikonopisania), uczniów (Letnia Szkoła Języka Polskiego), turystów i gości z Polski, Ukrainy i Białorusi. Budynek dawnego szpitala to schronisko dla kilkudziesięciu osób z własnymi łazienkami, toaletami, kuchnią, salą jadalną i kapliczką. A wokół serdeczni ludzie, wolna przestrzeń i jasne niebo. Jak się to robi? Szeryf Jan Buras odpowiada krótko: Bożą sprawę Bóg błogosławi.
Po mszy świętej siadamy do śniadania. A potem rozdzielamy się na grupy. Dyżurni dzielą prowiant i narzędzia. Autokar rusza do Maciejowa. Bus z dziennikarzami i dwoma lotnymi oddziałami do Lubomla i Zamostecza. W drogę. Pierwsza grupa dociera bez problemu na miejsce - leżącego przy głównej drodze na Kowel - Maciejowa. Ze znalezieniem cmentarza jest już jednak mały problem. Wchodzimy do najbliższego sklepu. Pytamy mieszkańców. Nie od razu ustalamy kierunek dalszej jazdy. Wcześniej jeszcze oglądamy stary, polski kościół, pw. Świętej Anny. Świątynia została zbudowana w połowie XVI stulecia z inicjatywy kasztelana sandomierskiego Stanisława Maciejewskiego. To na jego cześć i za zgodą króla Zygmunta Augusta pierwotną nazwę miasteczka - Łuków, przemianowano na Maciejów. Sama świątynia dzieliła wspólny los razem z Rzecząpospolitą: spalona w czasie szwedzkiego potopu, odbudowana przez nowych właścicieli miasteczka - Miączyńskich, skonfiskowana po Powstaniu Styczniowym przez carat i przekazana cerkwi prawosławnej, na łono kościoła rzymskokatolickiego wróciła już za wolnej Polski, w 1920 roku. II wojna światowa znów przyniosła jej ruinę, a komunizm legitymizował postępującą zagładę. Dziś Maciejów wrócił do swej pierwotnej nazwy - Łuków, a kościół Św. Anny do cerkwi prawosławnej. Nie ma Polaków w miasteczku. Cmentarz znajdujemy na obrzeżach Łukowa. Nieduży. Zarośnięty. Zapomniany. Od razu przystępujemy do pracy. Ewa oczyszcza wejście do kapliczki. My z chłopakami karczujemy teren wokół nagrobków. Warchlaki czyszczą pomniki. W międzyczasie udaję się do tutejszych władz miejskich. Przewodnicząca Rady Miejskiej jest bardzo życzliwa. Obiecuje pomoc w wywózce wykarczowanego przez nas drzewostanu. W sklepie, kiedy się okazuje, że jesteśmy Polakami też spotykamy się z objawami serdeczności. Ludzie witają nas ciepło, zapraszają do częstszych przyjazdów do Łukowa. Wspominają stare czasy gdy żyli tu razem z Polakami…
Wejście do kaplicy już oczyszczone. Uchylamy ostrożnie drzwi. Wewnątrz widok jak w wielu podobnych kaplicach na tutejszych cmentarzach. Po niektórych nie ma już śladu prócz smutnych resztek fundamentów jak w Ostrówkach czy Lubomlu, inne straszą pochylonymi stropami i otwartymi kryptami jak w Tajkurach czy Hołobach. Podobnie jest w Łukowie. Podobnie także jak w innych miejscowościach podchodzą do nas dzieci. Czasem starsi lub dorośli. Rozmawiamy serdecznie. My zapraszamy na skromny poczęstunek, oni do odwiedzania swojej miejscowości. Czasem dorośli przemycą jakieś wspomnienia z historii cmentarza, II Rzeczypospolitej lub po prostu podzielą się życiową refleksją. My słuchamy, oni opowiadają. A potem razem już narzekamy na komunizm.
Powoli zbieramy swoje zabawki: piły, siekiery, sekatory i szczotki… Zostawiamy odsłonięte nagrobki, płyty, kaplicę i krzyże. Tu jest cmentarz. Wracamy. Pogoda zachęca do drzemki. Jeszcze chwilę patrzę na świat za szybą, na ludzi uśmiechających się ciepło, na rozklekotane drogi, na senne miasteczko żyjące w swoim leniwym rytmie. Kiedy się budzę jesteśmy już na miejscu. Luboml - kolejny cmentarz na naszym wołyńskim safari szlakiem polskości tych ziem. Stara nekropolia, której początki datuje się na rok 1799. Jeszcze przed II wojną światową lubomelska parafia liczyła 2075 wiernych (spis z 1938 roku). Sam cmentarz niszczejący przez ostatnie dekady, został oddany w pacht upływającego Czasu, tego kata na smyczy Historii. Komunizm, faszyzm i terror UPA wyludniły lubomelską ziemią z Polaków. Pozostał po nich cmentarz, kościół i pamięć. I 12 parafian. W roku 2012 lubomelski kościół obchodził swoje 600-lecie. Pierwsze prace na porastającym gęsto florą cmentarzu podjęła w 2008 roku ukraińska młodzież ze szkoły nr 3 w Lubomlu. Polscy parafianie, w większości ludzie wiekowi nie byli w stanie karczować długiej na 110 i szerokiej na 155 metrów nekropolii. W 2009 roku w porządkowanie cmentarza włączyła się młodzież Ochotniczych Hufców Pracy z Lublina i Radzynia Podlaskiego oraz towarzyszący jej wolontariusze. Od tego czas udało się wykarczować niemal całą cmentarną przestrzeń, a przy okazji prac odkryć kilka nowych nagrobków, nie ujętych w pierwszym spisie inwentaryzacyjnym wydanym w roku 2010 (m. in. nagrobki Andrzeja i Michała Tołyszów czy Anny Czerpak). Może w następnych latach uda się wydrzeć kolejne tajemnice temu miejscu. W międzyczasie prace porządkowe na cmentarzu podjęli policjanci z Parczewa. W roku 2009 nasz wołyński przewodnik Anatol Sulik z pomocą wolontariuszy postawił na cmentarzu trzy krzyże symbolizujące ofiarę polskiego żołnierza we Wrześniu 1939 roku. Rok później, także z udziałem Anatola, postawiliśmy kolejny krzyż – tym razem w hołdzie kapralowi podchorążemu z 55 Pułku Piechoty - Zenonowi Janowi Kowalczykowi, który ciężko ranny w walkach z Niemcami nad Bugiem zmarł w tutejszym szpitalu 20 września i został pochowany na lubomelskim cmentarzu. W roku 2012 przybył kolejny krzyż. Postawili go pielgrzymi z Hrubieszowa za zgodą lubomelskiego proboszcza ks. Walentego Rolingera. Krzyż miał upamiętniać ofiary rzezi wołyńskich pochowanych tu, w Lubomlu. Dziwnie splata polskie nici Historia na Wschodzie. Na cmentarzu w Lubomlu stawia ofiarom krzyż, a na lubomelskim rynku katom pomnik. Krzyż jest skromny, bezimienny, pomnik okazały, z wygrawerowanymi nazwiskami ,,bohaterów” – morderców. W centralnej jego części Matka Boska pośród żołnierzy Ukraińskiej Powstańczej Armii. Ją uznali za swoją patronkę (sic!). To dlatego na jednym z przedwyborczych wieców (październik 2012) lider nacjonalistycznej Swobody, Ołeh Tiahnybok bez cudzysłowu odwołujący się do banderowskiej idei krzyczał: ,,Ukraina jest szczególnie chroniona przez Matkę Boską”. Podobnie jak UPA. Za datę powstania tej formacji przyjęto dzień 14 października 1942 roku. Nie bez powodu. 14 października to kościelne święto Szaty Najświętszej Marii Panny. To dlatego na lubomelskim pomniku Matka Jezusa unosząc ręce w geście błogosławieństwa trzyma w nich chustę, gotowa okryć nią bojców OUN - UPA. A po Jej prawej i lewej stronie granitowe tablice z rzędami nazwisk. Dziesiątki, setki nazwisk ,,bohaterów”… Krzyż stoi samotnie pośród porozrzucanych nagrobków, anonimowy, bo postawiony symbolicznie, nawet nie w miejscu pochówku ofiar UPA, bo ten do dziś pozostaje nieznany.
Nasi już na nas czekają. Ścieżki prowadzące w głąb cmentarza wykoszone. Pomniki oczyszczone. Znicze płoną miarowym światłem. Zadanie wykonane. Idę jeszcze na chwilę zobaczyć złamany krzyż, jeden z tych wspomnianych symboli polskiego Września `39. Ot, pewnie jakiś chuligański wybryk jakich nie brak i w Polsce. Łajdactwo nie ma narodowości. W przyszłym roku postawimy nowy krzyż. W międzyczasie Jurek i Darek opowiadają mi o demontażu huśtawki. Różne rzeczy widzieliśmy już na polskich cmentarzach począwszy od śmietnika przez stół biesiadny, aż po boisko, ale huśtawki jeszcze nigdy jak dotąd. Wyjeżdżamy z Lubomla. Jedziemy po ostatni nasz oddział, do Zamostecza. Tu jednak docieramy tylko do ściany lasu. Dalej droga jest nieprzejezdna. Czekamy chwilę. Schodzą się nasi grupami. Zmęczeni. Głodni. Zadowoleni. Taką mamy tu hierarchię wrażeń. Przychodzi też czas pożegnań. Przez cały okres trwania obozu jedni wracali do Polski, inni przyjeżdżali. Żegnaliśmy się i witali niemal codziennie. Tym razem zostały nam już tylko pożegnania. Wcześniej, jeszcze w Łukowie pożegnaliśmy Jana i jego syna Piotrka, którzy wrócili do kraju prywatnym samochodem, teraz odjeżdża El Comandante i Dorota. Robimy pamiątkowe zdjęcia. Umawiamy się na spotkanie w Polsce. Później, już po wieczornej kolacji obejrzymy materiały filmowe dokumentujące prace porządkowe w Zamosteczu. Udało się znaleźć cmentarz (przy pomocy ukraińskich leśników), oczyścić dwa zastane na nim nagrobki, postawić trzy sosnowe krzyże, wykarczować całą powierzchnię cmentarza (50 x 50 m) i oznakować dojazd do niego. Tradycyjnie też grupa zapaliła znicze i odmówiła modlitwę. To był już ostatni etap naszych prac na tegorocznym szlaku pamięci…
Wracamy do Zamłynia. Dzień powoli chyli się ku upadkowi. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na chwilę w Rymaczach. Wchodzimy na parafialny cmentarz. Obok cywilnych grobów znajduje się tu kwatera żołnierska. Kanibal opowiada - no, może z moją małą pomocą - historię tego miejsca. 20 kwietnia 1944 roku próbując wyrwać się z niemieckiego kotła w Lasach Mosurskich dowództwo 27 Wołyńskiej Dywizji postanowiło przekroczyć tory kolejowe linii Luboml - Kowel na wysokości Terebejek, niedaleko Rymacz. Wraz z polskimi oddziałami przebijały się jednostki partyzantki radzieckiej, w sumie ponad 7 tysięcy ludzi rozciągniętych w kilkukilometrowy łańcuch. Wyruszono o zmroku. Tabory i szpital polowy pozostawiono w lasach wraz z ubezpieczeniem. Marsz spowalniały ciemności. Pech chciał, że na trasie przemarszu - w Zamłyniu - tego wieczoru pojawił się niemiecki patrol w sile kompanii obsadzając opuszczone uprzednio bunkry. Kilkanaście godzin wcześniej oficerowie 27 Dywizji będąc na rekonesansie w tej okolicy podjęli decyzję o nie zajmowaniu bunkrów, nie chcąc alarmować Niemców swoją obecnością w Zamłyniu. Niemiecki patrol słysząc podejrzane odgłosy wystrzelił rakiety. W świetle rac ich oczom ukazały się kolumny wojska. Zaalarmowano natychmiast okoliczne posterunki Wehrmachtu. Rozpoczęła się walka, ale polskie oddziały parły do przodu chcąc za wszelką cenę przekroczyć tory i wyrwać się z okrążenia. Czoło kolumny w sile czterech batalionów (,,Sokoła”, ,,Korda”, ,,Trzaska” i ,,Gzymsa”) znalazło się już w bezpiecznej odległości od linii kolejowej gdy przeciągły gwizd rozrywając cichnącą w oddali palbę karabinową zapowiedział kolejny akt dramatu. Na scenę wtoczył się niemiecki pociąg pancerny zasypując Polaków huraganową lawiną ognia z broni maszynowej. Rozkaz: padnij, rzucił wszystkich na podmokłą ziemię lub wprost do bagnistej wody. A potem zaczął się rozpaczliwy odwrót: ,,nie było czasu na zakładanie rannym opatrunków (…) zabitych w ogóle nie podejmowano”. Na pobojowisku zostało blisko 80 poległych żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. Ten cmentarz jest miejscem ich wiecznego spoczynku. W centralnej części kwatery wojennej znajduje się kolejowy nasyp z fragmentem szyn i datą: 21 IV 1944. Stajemy do apelu. Płoną znicze gdy odmawiamy modlitwę za poległych. A żywi? Ci próbowali powtórnie się przebić kolejnej nocy, na innym odcinku (Stary Jagodzin). Nie wszystkim się udało. W okrążeniu pozostała część batalionu ,,Jastrzębia” - zamykającego kolumnę marszową pierwszego dnia - i kilkudziesięciu rozbitków z innych jednostek. Dowództwo nad jednostkami uwięzionymi w Lasach Mosurskich przejął Władysław Czermiński, ,,Jastrząb”, przedwojenny oficer rezerwy Wojska Polskiego, z zawodu nauczyciel, z krwi i kości żołnierz. Zakładając ponownie mundur w 1941 roku stworzył najpiękniejszą legendę Wołynia czasu wojny. Dwa miesiące w okrążeniu z zacieśniającymi się kręgami obławy (Niemcy użyli czołgów w warunkach leśnych!), wchodzenie między kolejne linie wrogiej tyraliery (dwugodzinny marsz między pierwszym, a drugim pierścieniem obławy!), twarde decyzje (pozostawienie śmiertelnie rannego żołnierza, demobilizacja maruderów i defetystów), złożyły się na mit rycerza (wypuszczenie wziętych do niewoli jeńców!) i wojownika z kart powieści Karola Maya (przekraczanie uczęszczanych dróg tyłem do kierunku ruchu w celu zmylenia przeciwnika), a w ostateczności charyzmatycznego dowódcy znanego nawet wrogowi (,,od strony Niemców usłyszano wołanie: Jaczomb, komm hier…”). 23 czerwca oddział ,,Jastrzębia” (360 ludzi!) przekroczył Bug i kilka dni później dołączył do macierzystej dywizji na Lubelszczyźnie. Nimbowi wodza przybyło jeszcze jedno pióro w wojennym pióropuszu. Nie wiem co myślał później na dalekiej emigracji (Stany Zjednoczone) o sobie, ale wiem co myślał o Wołyniu. Ameryka lat `70-tych była namiastką ziemskiego raju. Na międzynarodowej arenie szalała zimna wojna, ale gospodarka amerykańska kwitła (wdrażano program podboju kosmosu Apollo). Za jedną dniówkę można było żyć kilka dni. ,,Jastrząb” w jednym z listów (rok 1971) do byłego podkomendnego pisał: ,,…żona też zaczęła pracować, więc powodzi się nam względnie dobrze, ale wołałbym być na Wołyniu”. Wiosną 1993 roku wrócił do Polski już jako mocno schorowany, 83-letni staruszek. Nigdy już nie zobaczył swojego ukochanego Wołynia. Zmarł 31 sierpnia 1995 roku w Domu Kombatanta w Gdańsku i w tym mieście został pochowany. Cześć Jego pamięci!
W Zamłyniu dyżurni czekają już niecierpliwie z kolacją. Dziś czeka nas prawdziwe ucztowanie. Tego dnia miał być wprawdzie metafizyczny makaron z serem zaserwowany przez Ewę, ale ta wyłgała się od garnków powołując się na swoją pasję do sekatorów. Posiłek przygotowany przez Wegana, Niedowidzącego i Ewelinę składa się z kilku dań. Mamy, więc do wyboru makaron albo kaszę, z białym serem albo kiełbaską, ale bez metafizyki. A na deser dwa rodzaje naleśników (serowe i dżemowe) ze śmietaną. Pycha! Tego dnia po kolacji odpoczywamy dłużej niż po pracy. Tym bardziej, że to ciągle nie koniec dzisiejszych atrakcji. Wzorem lat poprzednich i zgodnie z naszą, wołyńską tradycją w Zamłyniu zawsze odprawiamy dubeltową uroczystość: urodziny Hrabiego (Jaśnie Oświeconego Witolda, pana na włościach ostrowieckich, lubomelskich i wieniawskich etc. etc.) i chrzest pierwszoroczniaków. Zaczynamy od rytuału przyjęcia w poczet Wołyniaków. Ustawieni w szereg kandydaci karnie, ale z godnością przyjmują doustnie tajemniczą miksturę. Bez grymaszenia powtarzają w ciemnościach rozświetlanych tylko przez nikłe światło nocnej latarki formułę zaprzysiężenia. Wodzireje - Łukasz i Edek - oficjalnie ogłaszają akces kolejnych członków do watahy: „…za Twoją bolesną pracę przyjmuję Ciebie do grona Wołyniaków”. Wszyscy przeżyli. Nie milkną jeszcze rozochocone głosy debiutantów dzielących się wrażeniami i próbujących rozwikłać skład tajemniczej substancji, z którą przyszło się zmierzyć (lepiej żeby nie wiedzieli!) gdy na scenę wkracza dostojnie pan Hrabia. Prezenty, życzenia, uściski. 100 lat! Siadamy do stołu. Dorośli wznoszą toast panahrabiową nalewką, młodsi herbatą i naleśnikami. Jeszcze długo tego wieczoru toczą się „nocne rodaków rozmowy…”
Z obozowej kroniki
Rozmowa uczestników. Darek czyli „Bestia”: najlepsze rozwiązania to te najprostsze. Ewa czyli „Młody”: ja nie szukam rozwiązań tylko intelektualnych łaskotek.
Wpis z 18 sierpnia. Dzień przywitał nas słoneczną pogodą. Ochoczo wstaliśmy o wyznaczonej godzinie i zjedliśmy długo oczekiwane kanapki z pasztetem. Podpisano: Ewa i Edyta.
Przed snem odwiedzam pokój Warchlaków. Rozmowa z Kanibalem zbacza na zagrażający spokojnej egzystencji temat czystości i higieny osobistej. Z podejrzliwością patrzę na wystającą spod koca prawą stopę Kanibala. Nie przypomina prawdomównego świadka w procesie o zniesławienie. Kanibal sięga jednak po niezbity argument w sprawie, wyciągając z czeluści swego bagażu fioletową gąbkę. Po czym z triumfem obwieszcza, wskazując narzędzie tortur: no myłem się, mam dowód.
23 sierpnia. Ostatni dzień obozu. Wstajemy rano. O 7 30 uczestniczymy we mszy świętej. O 8 00 siadamy do śniadania. A potem składamy namioty, pakujemy bagaże, zwijamy śpiwory, szukamy zgubionych sztućców, latarek, telefonów … Rozgardiasz i krzątanina. Amur, czarny pies Edka biega wokół radośnie. Robi to co zwykle, ale uznał widocznie, że w końcu wszyscy przyłączyli się do jego zabawy, bo co chwila zaczepia tego czy innego uczestnika. Dziewczyny sprzątają pomieszczenia Centrum Integracji, chłopcy porządkują teren na zewnątrz: znikają worki na śmieci, popielniczki, i sznury, na których suszyliśmy wyprane ubrania. Około 11-ej stajemy do pamiątkowego zdjęcia. Ks. Jan jest z nami. Dziękujemy za serdeczną gościnę, obiecujemy poprawę i przyjazd za rok na dłuższy czas. Na koniec pobytu w Zamłyniu robimy jeszcze zbiórkę pieniędzy. Tego dnia odwiedziły nas matki dwóch zamłyńskich chłopców, których wcielono do ukraińskiej armii. Walczą gdzieś teraz na Wschodzie w obronie kraju. Prosiły o pomoc w zakupie kuloodpornych kamizelek dla swoich synów. Zebraliśmy tyle hrywien ile się dało. Ks. Jan dorzucił od siebie zwitek banknotów. Pewnie nie wystarczy na te współczesne kolczugi, ale może będzie mniej brakować do zakupu. Co można więcej zrobić?
Przy wyjeździe z Zamłynia zatrzymujemy się jeszcze chwilę na moście. Cztery lata temu zdarzyła się tu tragedia. Trzech młodych ludzi wsiadło na motocykl i w czasie nocnego rajdu stoczyli się - przy dużej prędkości - z mostku do rzeki. Dwóch zginęło na miejscu. Działo się to w czasie naszego pobytu w Zamłyniu, znaliśmy ich. Na drugi dzień, gdy już zmierzch przejmował władzę nad światem udaliśmy się całą grupą na miejsce tragedii tworząc widmowy, kilkudziesięcioosobowy kondukt. W miejscu wypadku zapaliliśmy znicze, odmawiając krótką modlitwę. I tak czynimy co roku, w kolejne rocznice tragedii… Żegnamy Zamłynie. Z ks. Janem zobaczymy się już niedługo, podczas corocznej pielgrzymki do Ostrówek, a potem może już w Lublinie albo gdzieś w innym miejscu w Polsce. Do granicy dojeżdżamy dość szybko. Robimy zakupy. Nie wiem ile kilogramów krówek wywieźliśmy wspólnie z Ukrainy, ale Titanic z takim ładunkiem nie dopłynąłby do góry lodowej, zatonąłby wcześniej. Na przejściu czas dłuży się i rozciąga. Leniwie pracują ukraińscy pogranicznicy. Na polskiej stronie wszystko przebiega płynnie. W końcu przekraczamy granicę. Autokar rozpędza się jednostajnie. Za oknem schyłek lata, ale ja widzę powracające obrazy z minionych dni: zamłyńska rzeczka wypchana po brzegi tłumem, dwudaniowe obiady złożone z zawartości tych samych konserw, chrzest debiutantów kipiący śmiechem pierwszoroczniaków, wołyńskie niebo nocą, stary, murowany kościół w Łukowie, boisko piłkarskie na wiśniowieckim cmentarzu, echo żołnierskich czynów zaklętych w kamiennych inskrypcjach, zarazki egzystencjalne, z którymi tylko nieliczni wiedzą jak walczyć, chóralne śpiewy uczestników w autobusie i kameralne modlitwy na cmentarzach, rocznicę bitwy warszawskiej spędzoną wśród duchów legionowego cmentarza w Kowlu, sentymentalny uśmiech Anatola mlaszczącego ze smakiem na wspomnienie o koli, anonimowe nagrobki, które Czas już umieścił na swojej liście, przyjaźnie tworzące się wśród pyłu i kurzu, algorytm dnia rozpisany między porannym hałasem, a ciszą wieczoru kojącą spokojem zmęczenia, kowelska kwatera, którą - gdyby nam dano jeszcze parę dni - uczynilibyśmy filią Fundacji Niepodległości na Wołyniu i wreszcie historia Polski tkana w ferworze codziennych prac i gawęd przy obozowej kawie. Dziesiątki obrazów przywiezionych z Ukrainy, zamkniętych we wspomnieniach i cyfrowej pamięci... Ostrówki, Przewały, Zasmyki, Kupiczów, Hołoby, Wiśniowiec, Rożyszcze… 16 cmentarzy, 14 dni, 42 szaleńców, 1 900 kilometrów. Wymowne? Być może, ale tak naprawdę liczy się tylko ten ,,uścisk dłoni w sztafecie mijających pokoleń”, który wymieniliśmy z wielkimi duchami naszej Przeszłości.
Jacek Bury / Fundacja Niepodległości
PS. Dziękujemy wszystkim sponsorom, partnerom i współorganizatorom, z pomocą których udało się wyjazd na Ukrainę zrealizować. Kompletną listę opublikujemy wkrótce na stronach FN. Przede wszystkim zaś serdecznie dziękuję za udział w obozie wszystkim jego uczestnikom, tym którzy byli z nami na stałe i tym, którzy dojeżdżali, tym którzy zasypiali i tym którzy budzili, wszystkim bez wyjątku. Bez Was sens tego co robimy na Wschodzie byłby niepełny.
12 listopada 2014 roku o godz. 16 00 odbędzie się w świetlicy Środowiskowego Hufca Pracy przy ul. Łabędziej 16 wystawa poświęcona tegorocznej wyprawie na Ukrainę. Będzie okazja się spotkać, powspominać obozowe dni i opowiedzieć niedowiarkom, że Kresy wciąż żyją póki my żyjemy. Wszystkich serdecznie zapraszamy.

FE PL na jasne tlo 240

FUNDACJA NIEPODLEGŁOŚCI
ZOSTAŁA UHONOROWANA NAGRODĄ
XXV FORUM EKONOMICZNEGO
W KRYNICY

DLA ORGANIZACJI POZARZĄDOWEJ
EUROPY ŚRODKOWO-WSCHODNIEJ

(2014)



Logo sklep



Nagroda Prezydenta RP 200



GEH



Bohater NKD



rok zolnierzy wykletych

 

Logo RZT

 

300x600 tlo 

raze z ulraina logo3

YouTube logo full color

logoCK

Adam Plakat 1 proc 2018 FB 300x300

PROSIMY O WSPARCIE 1%
DLA CHOREGO DZIECKA
NASZYCH PRZYJACIÓŁ
KRS: 0000037904
CEL: 14622 ADAM WACHOWICZ

Dzięki za pomoc!
Może się przydamy dziecku...